Lekarz zarobił 1,6 mln zł. Rząd chce limitów, a program in vitro sprawdza CBA

Lekarz zarobił 1,6 mln zł. Rząd chce limitów, a program in vitro sprawdza CBA

27 lipca 2026 Wyłączono przez Redakcja Katowice Dziś

Rządowy program refundacji in vitro pochłonie miliardy złotych. Tymczasem sposób dzielenia pieniędzy między kliniki, kontrola wyników leczenia i wiarygodność danych przekazywanych Ministerstwu Zdrowia budzą coraz poważniejsze wątpliwości. Program sprawdza już CBA.

Premier kazał. Minister zdrowia wykonała. Pytanie tylko, co?

O tej historii jest tak głośno, że tylko przypomnę niektóre fakty. Radni muszą wypełniać oświadczenia majątkowe. Takie oświadczenie wypełnił młody lekarz będący radnym warszawskiej dzielnicy Ursus a magistrat je opublikował. Wtedy cała Polska dowiedziała się, że ten młody lekarz (nie mający nawet jeszcze specjalizacji) w 2025 roku zarobił 1,6 mln zł.

Pan doktor pracował w Szpitalu Południowym w Warszawie, ale dorabiał sobie również w innych miejscach. Według danych przekazanych przez szpital, miał on pracować w 2025 roku 3976 godzin, czyli średnio 331 godzin miesięcznie. Jednocześnie rozdwajał się, gdyż według grafików pracy był w szpitalu a w tym samym czasie uczestniczył w posiedzeniach rady dzielnicy, spotkaniach politycznych lub występował w telewizji.

Rozpętała się dyskusja o gigantycznych zarobkach lekarzy w innych miejscach. To, co było tajemnicą poliszynela, stało się nagle politycznym tematem numer jeden. Przez cały ubiegły rok, i kolejne miesiące obecnego, nie reagowano na apele szefów szpitali powiatowych, by coś wreszcie zrobić z ogromnymi zarobkami lekarzy. Gdy pozycja prezydenta Warszawy stała się zagrożona, wtedy rządząca koalicja pochyliła się nad tym problemem. Parlament uchwalił ustawę umożliwiającą Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji kontrolowanie wynagrodzeń lekarzy i spółek medycznych. 3 lipca Donald Tusk nakazał Jolancie Sobierańskiej-Grendzie przedstawienie propozycji, jak ograniczyć gigantyczne zarobki lekarzy. I już 7 lipca minister zdrowia i szef NFZ przedstawili swoje rekomendacje premierowi. Wśród nich jest propozycja ograniczenia zarobków lekarskich do 240 zł brutto za godzinę pracy.

W tych działaniach jest jedna znacząca luka. Dotyczy firm świadczących usługi na rzecz szpitali. Szpital może zapłacić spółce na przykład 500 zł za “godzinę zapewnienia lekarza”. Część tej kwoty może bowiem objąć marżę spółki, koszty administracyjne, ubezpieczenie, zapewnienie zastępstw lub dodatkowego personelu. Wspomniane 240 zł to limit wynagrodzenia indywidualnej osoby, a nie maksymalna cena usługi kupowanej od przedsiębiorstwa. Sama faktura spółki nie jest automatycznie wynagrodzeniem konkretnego lekarza. A tym bardziej zespołu. Tak więc ryzyko, że szpitale nadal będą płacić gigantyczne sumy różnym przedsiębiorczym lekarzom, istnieje.

Zarodek innej pary. Pomyłka podczas procedury in vitro w Szpitalu Południowym

Tymczasem dziennikarze publikowali kolejne “rewelacje” na temat Szpitala Południowego. Było ich już tak wiele, że umknęła gdzieś informacja o tym, iż w tejże placówce doszło do szokującej pomyłki. Jednej z pacjentek podano zarodek innej pary. Jak to możliwe? Otóż tak, że Szpital Południowy uczestniczy w rządowym programie refundacji leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego – tzw. in vitro. Kiedyś taki program już istniał. Zlikwidowało go PiS po dojściu do władzy. Przywrócenie programu było jedną z wyborczych obietnic obecnej koalicji rządzącej. Ekipa Tuska, jak obiecała, tak zrobiła. Tyle że obecny program różni się od tego sprzed lat skalą.

W latach 2013-2016 na refundację zabiegów in vitro rząd przeznaczał 80-85 mln zł rocznie. Obecny program rząd rozpoczął symbolicznie – w Dzień Dziecka 1 czerwca 2024 roku. Ma on trwać do 31 grudnia 2028 roku. Jego łączny budżet to 2,5 mld zł. Założono, że co roku kosztować będzie 500 mln zł, ale w tym roku do programu dorzucono kolejne ogromne sumy. Do grudnia rząd chce wydać 600 mln zł.

Wydaje się oczywiste, że powinna istnieć kontrola, jak państwo wydaje publiczne pieniądze. W przypadku programu refundacji in vitro Ministerstwo Zdrowia przyjęło rozwiązania, które takiej kontroli nie zapewniają. Pieniądze rozdawane są według dziwnych kryteriów, a rozliczane w sposób budzący poważne wątpliwości. Ministerstwo, na zasadzie uznaniowości, aneksami przyznawało jednym klinikom kolejne pieniądze a innym nie. Wprowadzało kryteria, których wcześniej nie było. Gdy już komuś nie dało pieniędzy i tych brakowało na leczenie pacjentów, to zalecało, by oddać tych pacjentów klinikom, które otrzymały od ministerstwa pieniądze. Wśród przedstawicieli klinik panuje ogromne wzburzenie. Tym większe, że w sposób wyraźny faworyzowane są nieliczne ośrodki, podczas gdy cała reszta ledwie wiąże koniec z końcem. Co przy tak ogromnych sumach na in vitro jest sztuką wartą ekonomicznego Nobla dla Ministerstwa Zdrowia.

CBA sprawdza rządowy program refundacji in vitro

Wątpliwości budzi też udział Szpitala Południowego w tym programie. Od lat leczeniem metodą in vitro zajmowały się w Polsce firmy prywatne. Publiczne placówki nie były tą formą działalności leczniczej zainteresowane. Ale do rządowego programu wprowadzono Szpital Południowy. Przyczyna była jedna – gigantyczny budżet programu. W pewnym momencie myślano nawet o tym, by publiczne szpitale przejęły leczenie in vitro. Okazało się to niemożliwe.

Problemy z wejściem do programu miał także wspomniany Szpital Południowy. Nie posiadał odpowiednich specjalistów. Toteż z jednej kliniki prywatnej podkupiono osobę, która miała pokierować zespołem od in vitro. Z drugiej kliniki prywatnej przeszła do Szpitala Południowego specjalistka od embriologii. W ten sposób zespół powstał. Domyślać się można, że ci, którzy przeszli z firm prywatnych do placówki publicznej, nie zarabiają teraz mniejszych pieniędzy niż poprzednio.

Początkowo w konkursie na uczestnictwo w programie resort zdrowia chciał przyznawać 30 punktów za posiadanie przynajmniej jednego specjalisty z certyfikatem Europejskiego Towarzystwa Rozrodu Człowieka i Embriologii ESHRE. Okazało się jednak, że Szpital Południowy takiego kogoś nie ma. Konkurs odwołano, po czym go ogłoszono, ale już bez wspomnianego kryterium.

Programem, który miał być wielkim sukcesem, obecnie zajmuje się CBA. Nie wiadomo, ile z dzieci, które w wyniku tego programu miało przyjść na świat, urodziło się tylko na papierze. Ministerstwo bowiem rozlicza uczestników programu i przyznaje kolejne miliony, w oparciu o tabelki, których nikt nie sprawdza. Znalazło się w nich na przykład więcej porodów niż ciąż. Niektóre ośrodki wykazały bardzo wysoką skuteczność leczenia – jakiej nie osiągnięto dotąd nigdzie na świecie. Widząc to urzędnicy powinni złożyć zawiadomienie o oszustwie, ale tego nie uczynili. Resort nie skorzystał z propozycji niektórych klinik, by od uczestników programu wymagać podawania numerów PESEL dzieci, które się urodziły (a także numerów PESEL pacjentów). Nie skorzystał z propozycji nieodpłatnego przekazania przez jedną z klinik systemu elektronicznego umożliwiającego sprawną kontrolę wyników leczenia in vitro. I efekt jest taki, że bardzo nieliczne kliniki zarabiają krocie, choć nie wiadomo za co.

Znaczącą rolę w przygotowaniu tego programu miała odgrywać osoba związana z Polskim Towarzystwem Medycyny Rozrodu i Embriologii. Pada konkretne nazwisko. Ale to tylko jeden z przykładów, jak publiczne pieniądze – przeznaczone na leczenie – płyną w wybranym kierunku. Efektem zaś może być zapaść całej branży leczniczej – która w Polsce rozwijała się całkiem nieźle. Działania Ministerstwa Zdrowia sprzyjają bowiem koncentracji usług. Efekt już widać – z klinik, które nie dostają rządowych pieniędzy, odpływają pacjenci. Zasada, że pieniądz idzie za pacjentem, w in vitro przestała funkcjonować.

Onkologia dziecięca na Śląsku bez dotychczasowego zespołu lekarzy

W cieniu dyskusji o zarobkach lekarzy rozgrywa się dramat dzieci chorych na guzy mózgu. Województwo śląskie to 4,5 miliona obywateli Polski. W regionie tym leczeniem małych pacjentów onkologicznych zajmowało się Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. Jednak rektor Śląskiego Uniwersytetu Medycznego podjął decyzję o utworzeniu Śląskiego Centrum Onkologii i Hematologii Dziecięcej w Zabrzu. Z Katowic do Zabrza przejść mieli mali pacjenci i lekarze zlikwidowanego w Katowicach Oddziału Onkologii, Hematologii i Chemioterapii GCZD. Lekarze domagali się zachowania dotychczasowych pensji. Spór dotyczył także ewidencji pracy.

Spór ten zakończył się tak, że cały sześciosobowy zespół, który miał przejść z Katowic do Zabrza, zrezygnował z pracy. W okresie wypowiedzenia wszystkie jego członkinie są na zwolnieniach. Od 6 lipca na stronie szpitala w Zabrzu widnieje dramatyczne oświadczenie, skierowane do rodziców małych pacjentów. Czytamy w nim np.: “W związku z rezygnacją z pracy dotychczasowych lekarzy nie ma obecnie specjalisty z doświadczeniem w koordynacji leczenia neuroonkologicznego u dzieci. Do czasu pozyskania odpowiednich specjalistów szpital nie może przejąć pełnej koordynacji tego zakresu leczenia. Nie oznacza to jednak pozostawienia Państwa dzieci bez opieki. W naszym szpitalu zostaną wykonane zaplanowane badania oraz zostanie podana należna chemioterapia. Następnie, w dokumentacji wypisowej, zostanie wskazany ośrodek, który przejmie dalszą koordynację i kontynuację leczenia Państwa dziecka”. Wiadomo, że chodzi o szpitale znajdujące się w innych częściach kraju – np. w Warszawie.

Na Śląsku próba obniżenia pensji lekarzom ma swoje dramatyczne konsekwencje. Co będzie, jeśli podobne próby zostaną podjęte w ośrodkach, do których mają trafić dzieci z woj. śląskiego? To nie jest wyłącznie retoryczne pytanie.

Mateusz Cieślak

Najczęstsze pytania o zarobki lekarzy, program in vitro i onkologię dziecięcą

Ile ma wynosić maksymalna stawka za godzinę pracy lekarza?

Ministerstwo Zdrowia zaproponowało limit wynoszący 240 zł brutto za godzinę pracy. To na razie propozycja wymagająca wprowadzenia odpowiednich przepisów. Według zapowiedzi miałaby dotyczyć wynagrodzeń finansowanych ze środków publicznych.

Czy limit 240 zł obejmie faktury wystawiane przez spółki medyczne?

Proponowany limit dotyczy wynagrodzenia konkretnej osoby. Nie musi oznaczać, że cała usługa kupowana przez szpital od przedsiębiorstwa będzie kosztować najwyżej 240 zł za godzinę. Cena może obejmować również inne koszty ponoszone przez spółkę.

Ile pieniędzy przeznaczono na rządowy program in vitro?

Program rozpoczął się 1 czerwca 2024 roku i ma potrwać do końca 2028 roku. Ministerstwo Zdrowia informuje, że przeznacza na niego co najmniej 500 mln zł rocznie. Na 2026 rok zaplanowano 600 mln zł.

Czy CBA sprawdza rządowy program in vitro?

Tak. Centralne Biuro Antykorupcyjne potwierdziło, że zajmuje się programem. Publicznie nie przedstawiło jednak szczegółów prowadzonych czynności ani ich dotychczasowych wyników.

Co wydarzyło się w Szpitalu Południowym w Warszawie?

Podczas procedury in vitro pacjentce podano zarodek należący do innej pary. Według informacji szpitala pomyłkę wykryto, nie doszło do ciąży, a sprawę zgłoszono Ministerstwu Zdrowia.

Dlaczego dzieci ze Śląska są kierowane do innych ośrodków?

Po odejściu dotychczasowego zespołu lekarzy ośrodek w Zabrzu nie miał specjalisty z doświadczeniem w koordynacji leczenia neuroonkologicznego dzieci. Część pacjentów wymagających dalszej koordynacji leczenia miała być kierowana do wyspecjalizowanych placówek poza województwem śląskim.

Więcej ważnych i interesujących artykułów znajdziesz klikając w jeden z dwóch klawiszy poniżej prowadzących do naszych rubryk:

Masz ważną informację lub widzisz problem w Katowicach i okolicy? Napisz: [email protected] albo wyślij wiadomość na Facebooku Katowice Dziś.

Redaktor naczelny Katowice Dziś: Mateusz Cieślak.

 

 

Fot. Pixabay