Kliniki in vitro biją na alarm. Miliony publicznych pieniędzy dzielono według wadliwych danych, a pacjenci mogą tracić możliwość wyboru lekarza

Kliniki in vitro biją na alarm. Miliony publicznych pieniędzy dzielono według wadliwych danych, a pacjenci mogą tracić możliwość wyboru lekarza

30 maja 2026 Wyłączono przez Redakcja Katowice Dziś

Rządowy program in vitro miał dać pacjentom realny dostęp do leczenia. Przedstawiciele klinik pokazują jednak obraz, który budzi przerażenie: odwrócenie zasady „pieniądze za pacjentem”, ograniczenie konkurencji, wadliwy algorytm, brak centralnego rejestru pacjentów i miliony złotych kierowane decyzją urzędnika.

A chodzi o ogromne pieniądze – o 600 mln zł w tym roku, co najmniej po 500 mln zł w kolejnych. Do 2028 roku zaplanowano wydać co najmniej 2,5 mld zł. Rządowy program in vitro miał być jednym z najważniejszych społecznych projektów ostatnich lat. Po latach przerwy państwo znów zaczęło finansować leczenie niepłodności. Tym razem z przysłowiowym przytupem, gdyż nigdy wcześniej na in vitro nie przeznaczono aż takich środków.

To wspaniała rzecz. Tym bardziej, że rodzi się coraz mniej dzieci. Jeśli więc można pomóc parom, które chciałyby mieć dziecko, to tylko takiemu projektowi przyklasnąć. Ale za sprawą urzędniczych decyzji, in vitro jest w Polsce zagrożone. Paradoksalnie – właśnie dzięki rządowemu programowi – w takiej odsłonie, jak obecnie.

Ciąg dalszy artykułu pod nagraniem

Pary, starające się o dziecko, otrzymały szansę na skorzystanie z procedury in vitro bez konieczności ponoszenia ogromnych kosztów z własnej kieszeni. Tyle że obraz przedstawiony przez kliniki leczenia niepłodności każe obawiać się o przyszłość tej metody w Polsce.

Zarzuty wobec Ministerstwa Zdrowia są bardzo poważne. Według przedstawicieli klinik FertiMedica Centrum Płodności i Gyncentrum, system finansowania programu został tak zmieniony, że pacjent może tracić realne prawo wyboru lekarza i ośrodka. Pieniądze, które miały iść za pacjentem, zaczęły — jak twierdzą kliniki — wyznaczać pacjentowi drogę do konkretnej placówki. A w dodatku tych “konkretnych” placówek jest niewiele. Czy można wręcz mówić o przysłowiowych “wybrańcach”? Małgorzata Federowska, prezes FertiMedica, uważa, że tak.

O tym, w jaki sposób zmodyfikowano rządowy program in vitro, była mowa na konferencji prasowej 25 maja. Dziennikarzom przedstawiono same fakty, same konkrety. Z tej mozaiki wyłania się dosyć przerażający obraz. Obraz programu, który formalnie ma służyć pacjentom, ale w praktyce może działać w sposób odległy od pierwotnych założeń. Nasuwa się więc pytanie, komu dziś ten program ma służyć?

Pieniądze miały iść za pacjentem. Kliniki twierdzą, że zasadę odwrócono

Jak decyzje urzędników Ministerstwa Zdrowia ograniczają pacjentom prawo wyboru lekarza i kliniki

Najważniejszy zarzut dotyczy odwrócenia podstawowej logiki programu. Wedle pierwotnych założeń to pacjent miał wybrać ośrodek leczenia, a publiczne pieniądze miały podążać za nim. Ta zasada, obecna w całym polskim systemie ochrony zdrowia, jest szczególnie ważna w leczeniu niepłodności. Pacjenci często przez lata budują relację z lekarzem i ufają konkretnemu zespołowi.

Tymczasem pacjenci, którzy deklarowali chęć leczenia w wybranej przez siebie placówce, mieli być odsyłani tam, gdzie ministerstwo skierowało środki – dając je jednym a nie dając drugim. Podczas konferencji padła informacja o około 60 odpowiedziach z Ministerstwa Zdrowia, w których pacjentów, chcących leczyć się w konkretnej klinice, miano kierować do innych ośrodków.

Jeśli ten mechanizm rzeczywiście działa w taki sposób, jest to fundamentalna zmiana charakteru programu. Pacjent przestaje być najważniejszy. Najważniejszy staje się urzędnik. To on decyduje, gdzie pacjent ma się leczyć. Gdy pacjent dokonał innego wyboru – to ma się przenieść do placówki, której nie chciał. 

Ciąg dalszy artykułu pod nagraniem

Konkurencja między klinikami może zostać zniszczona

Zagrożenie dla rynku in vitro w Polsce, ryzyko koncentracji rynku i likwidacji wielu ośrodków leczenia niepłodności

Kolejny zarzut dotyczy konkurencyjności. Przedstawiciele klinik mówią wprost o ryzyku koncentracji rynku leczenia in vitro i o mechanizmach, które mogą osłabiać część ośrodków, a może nawet zniszczyć. Nie chodzi przy tym — jak podkreślają — o konflikt prywatnych klinik ze szpitalami publicznymi. Także placówki publiczne są w trudnej sytuacji, skoro kolejne transze środków z budżetu państwa przekazywane są w sposób niejasny a czasem w ogóle bez informowania, że można się o nie starać. Jedni takie informacje mieli a inni nie.

Czy to może zaszkodzić leczeniu in vitro w Polsce? Tak, jeżeli jedne ośrodki otrzymują finansowanie, a inne, mimo pacjentów i podpisanych umów, pieniędzy nie dostają. W tej sytuacji kliniki odcięte od rządowego finansowania muszą ograniczać przyjęcia lub kredytować leczenie swoich pacjentów. Czego się nie da prowadzić bez końca. W efekcie rynek przestaje działać według reguł jakości. Tak to działa nie tylko w przypadku in vitro. Jeśli zezwolimy na pieczenie chleba tylko wybranym piekarniom, to czy to dobrze wpłynie na jakość pieczywa? Pytanie retoryczne.

System leczenia in vitro zaczął być zależny od urzędniczych decyzji o kierunku, w którym płyną publiczne pieniądze. To groźne nie tylko dla klinik. To groźne przede wszystkim dla pacjentów. Brak konkurencji oznacza zwykle mniejszy wybór, dłuższą drogę do leczenia, słabszą presję na jakość i większą zależność od decyzji administracyjnych.

Trudniejsi pacjenci mogą stać się problemem dla systemu

Rządowy algorytm podziału środków a medyczna dyskryminacja kobiet po 40. roku życia i trudniejszych przypadków

Szczególnie niepokojący jest wątek algorytmu podziału środków. Według przedstawicieli klinik sposób dzielenia pieniędzy miał zostać wprowadzony już po podpisaniu umów i bez jasnej podstawy prawnej. Co więcej, miał opierać się na wskaźnikach skuteczności, które nie uwzględniają realnego profilu medycznego pacjentów.

Czy to może być niebezpieczne, a jeśli tak to dlaczego? Leczenie niepłodności nie jest prostą procedurą, w której każdy przypadek można porównywać. Inaczej wygląda leczenie młodszej pary bez poważnych obciążeń, inaczej pacjentki po 40. roku życia, inaczej kobiety z endometriozą, pacjentki po wielu nieudanych próbach czy pary, u której problemem są bardzo słabe parametry nasienia.

I co z tego wynika? Jeśli finansowanie zależy od prostych wskaźników skuteczności, system może zacząć premiować przyjmowanie łatwiejszych pacjentów i zniechęcać do leczenia trudniejszych przypadków. 

Co więcej Ministerstwo Zdrowia samo do tego prowadzi. Przedstawiciele klinik wskazywali, że dla części wskaźników zakładano bardzo wysoką skuteczność w grupie pacjentek 40+, choć realia medyczne są w tej grupie zupełnie inne. 

– Cudów od nas żądają. Cudów – mówiła prezes FertiMediki.

Czy mogłoby to prowadzić do sytuacji, w której pacjentki najbardziej potrzebujące pomocy są dla systemu najmniej „opłacalne” statystycznie? Tego nie można wykluczyć.

To byłoby zaprzeczenie sensu publicznego programu leczenia niepłodności.

Ciąg dalszy artykułu pod nagraniem

Błędne dane i algorytm, który miał decydować o milionach

Podział publicznych pieniędzy oparty na wadliwych wskaźnikach skuteczności; błędy w urzędowych zestawieniach; raporty ministerstwa o „porodach bez ciąży”

Dosyć szokujące są błędy w danych, które miały służyć do wyliczania wskaźników i podziału środków między klinikami. Padały przykłady, które dla każdego brzmią absurdalnie. W ministerialnych zestawieniach z 12 ciąż miało wynikać 26 porodów. Ministerstwo odnotowywało też porody bez ciąży.

Jeżeli dane tego typu rzeczywiście były podstawą decyzji finansowych, to trudno to nawet jakoś skomentować. W przypadku programu wartego setki milionów złotych jakość danych nie jest kwestią techniczną. Jest fundamentem odpowiedzialnego wydawania publicznych pieniędzy. Na błędnych danych nie można budować uczciwego algorytmu, rzetelnej oceny placówek ani sprawiedliwego podziału środków.

– Pieniądze dzielono na podstawie danych, które nie przeszły podstawowej weryfikacji – twierdzi Małgorzata Federowska. 

Jeśli tak było, kierownictwo resortu powinno szczegółowo wyjaśnić, kto odpowiadał za sprawdzenie sprawozdań, kto zatwierdził mechanizm podziału i dlaczego błędy nie zostały wychwycone przed podjęciem decyzji finansowych. Być może sprawą zająć powinien się nawet premier Tusk. Wszak chodzi o ogromne pieniądze.

Miliony złotych i pytanie o przejrzystość

Niewykorzystane dotacje z puli 600 mln zł i miliony zwracane do państwowej kasy 

I jak to możliwe, że Ministerstwo Zdrowia, pomijając niektóre kliniki przy podziale pieniędzy, części tych środków nie rozdysponowało? Zaś inna część, już przyznana klinikom, została zwrócona do państwowej kasy? Prezes FertiMedica wykryła, że z puli 600 mln zł około 6 mln zł nie zostało w ogóle przekazanych klinikom. Zaś niektóre kliniki dostały chyba więcej niż mogły wykorzystać. To ponad 4 mln zł niewykorzystanych dotacji. Razem daje to ponad 10 mln zł.

Jednocześnie klinikom miano komunikować, że nie ma już dodatkowych środków. Jeżeli jedni pacjenci czekali, inni słyszeli, że nie ma na nich pieniędzy, a jednocześnie miliony złotych nie zostały skutecznie wykorzystane, to Ministerstwo Zdrowia powinno odpowiedzieć na bardzo proste pytanie: dlaczego do tego doszło?

Każda niewykorzystana kwota (a tu mowa o milionach złotych) oznacza konkretne pary, które mogły rozpocząć leczenie. I konkretne pacjentki, które nie zawsze mają czas, by czekać.

Ciąg dalszy artykułu pod nagraniem

Pacjenci onkologiczni nie mogą czekać

Zabezpieczenie płodności przed chemioterapią: brak realnego finansowania ochrony płodności u chorych na raka

I jak resort zdrowia wytłumaczy się ze swojego podejścia do pacjentek onkologicznych. U niektórych pacjentek przed chemioterapią, radioterapią lub innymi zabiegami onkologicznymi lekarze pobierają i mnożą komórki jajowe. Robi się to dlatego, że leczenie nowotworu może zniszczyć lub poważnie osłabić funkcję jajników. U mężczyzn zabezpiecza się nasienie.

Tu nie ma czasu na wielotygodniową wymianę pism ani oczekiwanie na zgodę urzędników. Jeżeli pacjentka lub pacjent mają rozpocząć leczenie onkologiczne za kilka lub kilkanaście dni, procedura zabezpieczenia płodności musi ruszyć natychmiast.

Kliniki podkreślają, że w takich przypadkach rozpoczynały działania, bo wymagała tego sytuacja medyczna. To pokazuje, jak niebezpieczne może być podporządkowanie leczenia sztywnemu, nieprzewidywalnemu i niejasnemu mechanizmowi finansowania. Biologia nie czeka na aneks do umowy. Choroba nowotworowa również nie czeka. Wedle prezes FertiMediki żadna klinika w Polsce nie otrzymała pieniędzy na leczenie takich właśnie pacjentek.

Brak centralnego rejestru pacjentów to poważna luka

Ryzyko finansowania leczenia nieistniejących pacjentów i brak cyfrowej kontroli PESEL w rządowym programie

Rzecz całkiem niezrozumiała to brak centralnego rejestru pacjentów. Bez takiego systemu ministerstwo nie ma realnej kontroli nad tym, gdzie i jak pacjent jest leczony. Nie widzi pacjenta po numerze PESEL, nie może łatwo sprawdzić, czy ta sama para nie pojawia się w kilku klinikach, ani czy przekazane klinice pieniądze rzeczywiście odpowiadają realnie prowadzonemu leczeniu.

A jeśli brak tak podstawowej kontroli to czy istnieje ryzyko, że za publiczne pieniądze finansować się będzie nieistniejących pacjentów? Widniejących w rejestrach, ale takich, których tak naprawdę nia ma? Nikt nie przesądza, że do takich sytuacji doszło. Ale już samo istnienie poważnej luki kontrolnej w systemie, przy setkach milionów złotych publicznych pieniędzy, powinno budzić najwyższy niepokój.

Program tej skali powinien od początku opierać się na przejrzystym, centralnym, kontrolowalnym rejestrze. Nawet laik uzna, że to oczywiste. Jak klasowy dziennik z nazwiskami uczniów i ich ocenami.

Ministerstwo Zdrowia musi odpowiedzieć

Kto ponosi odpowiedzialność za błędy i niejasną dystrybucję budżetu refundacji leczenia niepłodności metodą in vitro

Zarzuty przedstawione przez kliniki są zbyt poważne, by mogły pozostać bez echa. Ministerstwo Zdrowia odpowiada za zasady programu, sposób podziału pieniędzy, algorytm, kontrolę danych, komunikację z klinikami i bezpieczeństwo pacjentów korzystających z publicznego finansowania. Odpowiada wreszcie i za to, jak ogromne kwoty, pochodzące z publicznej kasy, są wydawane.

Resort zdrowia powinien wyjaśnić, jaka była podstawa prawna zmiany sposobu finansowania po rozstrzygnięciu konkursu. Powinien pokazać, jak weryfikowano dane użyte do algorytmu. Powinien odpowiedzieć, dlaczego pacjentów odsyłano do innych klinik, choć ci deklarowali chęć leczenia w wybranych przez siebie ośrodkach. A przede wszystkim powinien wyjaśnić, czy pieniądze rzeczywiście szły za pacjentem, czy za decyzją urzędniczą.

Czy rządowy program in vitro jest dziś skonstruowany tak, by najlepiej służyć pacjentom? Czy tak, by urzędnik mógł arbitralnie zarządzać strumieniem publicznych pieniędzy?

Jeśli rację mają przedstawiciele klinik, które biją na alarm zagrożona jest przyszłość in vitro w Polsce. W Polsce wcale nie jest zbyt wiele ośrodków prowadzących tę formę leczenia niepłodności. A za chwilę może ich być znacznie mniej.

Mateusz Cieślak

Autor zezwala na wykorzystanie artykułu w całości lub we fragmentach

Więcej ważnych i interesujących artykułów znajdziesz klikając w jeden z dwóch klawiszy poniżej prowadzących do naszych rubryk:

Masz ważną informację lub widzisz problem w Katowicach i okolicy? Napisz: [email protected] albo wyślij wiadomość na Facebooku Katowice Dziś.

Redaktor naczelny Katowice Dziś: Mateusz Cieślak.


Rządowy program in vitro 2026 – Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

1. Na czym polegają nieprawidłowości w rządowym programie in vitro?

Przedstawiciele wiodących klinik leczenia niepłodności (FertiMedica oraz Gyncentrum) wskazują na odwrócenie zasady „pieniądze idą za pacjentem”, ograniczenie wolnej konkurencji oraz arbitralne rozdzielanie dotacji przez urzędników. Ponadto zarzuty dotyczą wdrożenia wadliwego algorytmu podziału środków bez jasnej podstawy prawnej oraz dystrybucji milionów złotych na podstawie błędnych sprawozdań ministerstwa.

2. Dlaczego pacjenci tracą możliwość wyboru kliniki i lekarza?

Ministerstwo Zdrowia zaczęło stosować mechanizm odgórnego limitowania środków, dając fundusze wybranym ośrodkom medycznym. W efekcie pacjenci, którzy podpisali oświadczenia o woli leczenia w dotychczasowej, zaufanej placówce, są oficjalnie odsyłani przez resort zdrowia do innych, narzuconów zza biurka klinik, w których sztucznie ulokowano limity finansowe.

3. Co to jest algorytm in vitro Ministerstwa Zdrowia i dlaczego budzi kontrowersje?

To wprowadzony przez resort zdrowia mechanizm oceny i podziału funduszy publicznych między realizatorów programu. Budzi on sprzeciw lekarzy i menedżerów medycznych, ponieważ opiera się na kryteriach sprzecznych z wiedzą medyczną – urzędnicy zażądali od klinik wykazania aż 50-procentowej skuteczności ciążowej u pacjentek powyżej 40. roku życia, podczas gdy światowe standardy i wytyczne ESHRE określają realną skuteczność w tej grupie wiekowej na poziomie zaledwie 11–15%.

4. Jak system finansowania in vitro uderza w pacjentki onkologiczne?

W przypadku procedur zabezpieczenia płodności przed agresywnym leczeniem nowotworów (oncofertility) kluczowy jest czas – lekarze mają zaledwie kilkanaście dni na pobranie komórek jajowych przed rozpoczęciem chemioterapii. Sztywne, urzędnicze procedury akceptacji wniosków przez ministerstwo uniemożliwiają natychmiastowe działanie, przez co kliniki zmuszone były ratować pacjentki na własny koszt.

5. Jakie są konsekwencje braku centralnego rejestru pacjentów in vitro?

Brak zintegrowanego systemu weryfikacji po numerach PESEL powoduje, że Ministerstwo Zdrowia opiera się wyłącznie na dokumentacji papierowej. Uniemożliwia to realną kontrolę nad migracją chorych i rodzi ryzyko, że te same pary mogą blokować limity finansowe w kilku placówkach jednocześnie. Prowadzi to do chaosu w danych, czego symbolem stało się oficjalne raportowanie przez urzędników „porodów bez wcześniejszej ciąży”.

Fot. Pixabay