„Adwokat diabłów” Pawła Matyi. Książka o ludziach, których system uznał za winnych, zanim udowodnił im winę
12 maja 2026 Wyłączono przez Redakcja Katowice DziśPaweł Matyja, katowicki adwokat znany z obrony ludzi oskarżanych o najcięższe zbrodnie, napisał książkę, która nie jest zwykłą opowieścią o kryminalnych sprawach. „Adwokat diabłów” to oskarżenie pod adresem wymiaru sprawiedliwości, policji, prokuratury, sądów i mediów. Autor pokazuje, jak łatwo człowieka nazwać potworem. I jak trudno później przyznać, że system mógł się pomylić.
Książka nie o diabłach, lecz o systemie
„Adwokat diabłów. Opowieści z samego dna sądowego piekła” – książka ta ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwartego. Paweł Matyja opisuje w niej sprawy ludzi, których opinia publiczna znała często pod najgorszymi możliwymi etykietami: seryjnych morderców, gwałcicieli, gangsterów, ludzi oskarżanych o zbrodnie, o których czytała cała Polska. To wstrząsająca lektura. Pokazuje, jak rodzą się sądowe patologie, jakie mechanizmy działają na etapie śledztw i jak trudno zatrzymać spiralę oskarżeń, gdy raz została uruchomiona. Jak łatwo jest oskarżyć a następnie skazać niewinnego człowieka.
Tytuł jest prowokacyjny. Nie można go czytać dosłownie. Choć z drugiej strony… czemu nie. Z zastrzeżeniem, że chodzi o diabłów “medialnych”, wykreowanych przez samych śledczych, choć niekoniecznie przez fakty.
Matyja nie pisze książki o tym, że zło nie istnieje. Nie próbuje też zamienić wszystkich oskarżonych, siedzących w polskich sądach, w niewinne ofiary. Jego książka dotyczy czegoś znacznie poważniejszego: pytania, czy państwo, które ma prawo zamknąć człowieka na całe życie, zawsze potrafi udowodnić winę tak, jak powinno.
Bo najtrudniejszy egzamin państwa prawa nie polega na tym, czy potrafi ukarać tych, których wszyscy nienawidzą. Polega na tym, czy także wobec nich przestrzega własnych zasad. W innym wypadku mamy do czynienia nie tylko z krzywdą wyrządzoną niesłusznie skazanemu. Skazanie osoby niewinnej gwarantuje bezkarność tym, którzy rzeczywiście popełnili zbrodnię.
Plotka, presja i jasnowidz zamiast dowodów
Na tylnej okładce książki znalazły się słowa, które brzmią jak akt oskarżenia wobec całego systemu. Aby trafić na ławę oskarżonych i usłyszeć najcięższe zarzuty, czasem wystarczy plotka albo zeznania wymuszone strachem. Aby wskazać winnego, wystarczą presja społeczna, pośpiech i niekompetencja śledczych. Gdy dowody są, można je ukrywać. Gdy ich nie ma, można próbować zastąpić je choćby wizją jasnowidza.
To ostatnie zdanie nie jest literacką przesadą. W sprawie Rafała Pacyny jasnowidz rzeczywiście pojawił się na początku drogi, która doprowadziła do jednego z najbardziej zdumiewających wyroków w Polsce.
Pacyna został oskarżony o zabójstwo dwóch osób: właścicielki kamienicy, w której prowadził bar, oraz dozorcy tej kamienicy. Policja zainteresowała się nim po tym, jak słynny polski jasnowidz wskazał, że należy szukać kobiety znającej prawdę o morderstwie. Dotarto do kobiety pracującej w barze Pacyny. Ta miała opowiedzieć, że słyszała rozmowę, w której Pacyna zwierzał się jej byłemu partnerowi, że chce coś zrobić właścicielce kamienicy.
Problem w tym, że miała słyszeć tę rozmowę z innego pomieszczenia, przy włączonych urządzeniach chłodniczych, które nie pracowały cicho. Jeszcze większy problem polegał na tym, że w dniu, w którym pierwotnie miało dojść do zabójstwa, Pacyna przebywał za granicą, na Ukrainie. Przechodził kontrolę paszportową. Fakt wyjazdu nie budził wątpliwości.
Co zrobiono z tym alibi? Zmieniono datę, w której miało dojść do zabójstwa.
Ten sam materiał, dwa wyroki: uniewinnienie i dożywocie
Sprawa Pacyny jest tak wstrząsająca nie tylko z powodu jasnowidza, niewiarygodnych zeznań i przesuwania daty zabójstwa. Najbardziej niepokojące jest coś innego. Tę samą sprawę badały różne składy sędziowskie. Jeden skład Rafała Pacynę uniewinnił. Inny skazał go na dożywocie.
I jeden, i drugi wyrok zapadły przy tym samym materiale dowodowym. I jeden, i drugi wyrok został wydany jednogłośnie przez kilkuosobowe składy sędziowskie.
Jak to możliwe, że z tych samych dowodów jeden sąd wyprowadza wniosek: niewinny, a drugi: winny i zasługujący na najsurowszą karę? Jak obywatel ma ufać systemowi, który w tej samej sprawie potrafi dojść do dwóch całkowicie sprzecznych odpowiedzi?
Paweł Matyja też nie udaje, że jest wszechwiedzący. Ale jego książka pokazuje, że fundamentalnych przecież pytań – o fakty i o prawdę, – nie wolno spychać na margines. Zwłaszcza wtedy, gdy od odpowiedzi zależy całe życie człowieka.
„Widziałam ludzi oskarżonych o zbrodnie, których nie popełnili”
Znaczenie książki Matyi dobrze uchwyciła Barbara Piwnik, dziś sędzia w stanie spoczynku, była minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Jej opinia znalazła się na okładce książki.
„Podobnie jak Paweł Matyja widziałam ludzi oskarżonych o zbrodnie, których nie popełnili, upór oskarżycieli w dążeniu do ich wskazania, rolę mediów w takich sprawach. Ogrom pracy i profesjonalizm autora pozwalają zobaczyć tę stronę wymiaru sprawiedliwości, której na co dzień społeczeństwo nie widzi. Każdy, kto chce zabierać głos w sprawie naprawy wymiaru sprawiedliwości, powinien z uwagą tę książkę przeczytać”.
To ważne słowa. Nie padają z ust publicysty, który chce wywołać burzę. Nie padają z ust kogoś, kto od lat prowadzi ideologiczną krucjatę przeciwko sądom. Mówi to osoba, która zna wymiar sprawiedliwości od środka. I która wprost przyznaje, że jako sędzia, widziała ludzi oskarżonych o zbrodnie, których nie popełnili.
Leszek Pękalski i produkowanie potwora
Jednym z bohaterów książki jest Leszek Pękalski, znany jako „wampir z Bytowa”. Przez lata funkcjonował w zbiorowej wyobraźni jako seryjny morderca i gwałciciel. Media stworzyły z niego postać niemal symboliczną: człowieka, którego samo nazwisko miało wystarczyć za dowód winy.
Matyja pokazuje jednak inną stronę tej historii. Pękalski miał być człowiekiem podatnym na sugestie, łatwym do prowadzenia przez śledczych. W książce pojawia się jego wypowiedź o tym, że gdy wizja przebiegała po myśli przesłuchujących, dostawał piwo, a na jego prośbę kupiono mu też radiomagnetofon. „Żałuję, że się przyznawałem” — mówi.
Ten fragment jest porażający właśnie dlatego, że nie ma w nim wielkiej dramaturgii. Jest coś gorszego: banalność mechanizmu. W sprawach o najcięższe zbrodnie człowiek może zacząć mówić to, czego od niego oczekują, bo jest naciskany, nagradzany albo prowadzony w stronę gotowej opowieści.
Przyznanie w zamian za piwo… A kiedy gotowa opowieść trafia do mediów, bardzo trudno ją później odkręcić.
Puma Nubia i człowiek skazany za psychiczne cierpienie zwierzęcia
W książce pojawia się także sprawa Kamila Stanka, właściciela pumy Nubii. Ta historia nie dotyczy zabójstwa, ale pokazuje inny mechanizm. Wystarczyło, że zwierzę jest egzotyczne, emocje rzekomych obrońców czworonogów i człowiek, którego można było przedstawić jako “maszynę do zabijania”.
Stanek, weteran z Afganistanu, za dręczenie pumy został skazany na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Problem w tym, że nie było jasne, na czym to dręczenie miało polegać. Nubia po odebraniu właścicielowi trafiła do zoo w Chorzowie, gdzie widać było jej radość za każdym razem, kiedy ją odwiedzał.
Ponieważ brakowało jakichkolwiek dowodów na fizyczne dręczenie zwierzęcia, pojawił się inny wątek: cierpienia psychiczne pumy. Do sprawy zaangażowano behawiorystkę, która nie widząc nawet Nubii, miała oceniać jej stan psychiczny i warunki, w jakich zwierzę żyło.
Ta sprawa pokazuje, że mechanizm „diabła” nie musi dotyczyć tylko zbrodni z pierwszych stron gazet. Czasem wystarczy społeczna presja, medialny skrót i przekonanie, że skoro ktoś już został obsadzony w roli czarnego charakteru, to reszta jest tylko formalnością.
Ryszard Bogucki i dowody znalezione za późno
Wśród bohaterów książki jest również Ryszard Bogucki, niegdyś bardzo znana postać. Prokuratura oskarżyła go o udział w zabójstwie generała Marka Papały, komendanta głównego policji, oraz o zabójstwo Andrzeja Kolikowskiego „Pershinga”, jednego z liderów mafii pruszkowskiej.
Od zarzutu dotyczącego zabójstwa generała Papały Bogucki został uniewinniony. W drugiej sprawie skazano go na 25 lat więzienia. Po latach pojawił się jednak wątek, który trudno zlekceważyć (tak się przynajmniej wydaje). Policjant, dowodzący grupą utworzoną w Komendzie Głównej Policji, a zajmującą się sprawą zabójstwa generała Papały, miał odnaleźć w aktach dowody wskazujące, że w czasie zabójstwa „Pershinga” Bogucki był gdzie indziej — w Szczyrku, a nie w Zakopanem.
Do Sądu Najwyższego trafił wniosek o zbadanie tej sprawy. Przedstawiono nagranie z obszerną relacją policjanta. Sąd przez długi czas policjanta nie wzywał. Ostatecznie ten został przesłuchany, ale Boguckiego z więzienia nie zwolniono. Karę 25 lat odbył do końca.
Kiedy wszyscy już wiedzą, kto jest winny
„Adwokat diabłów” nie jest książką wygodną. Nie dlatego, że opowiada o brutalnych zbrodniach. Takich książek i filmów mamy wiele. Jest niewygodna dlatego, że każe spojrzeć na wymiar sprawiedliwości inaczej – krytycznie. Każe zastanowić się nad tym, jak bardzo musi być chory wymiar sprawiedliwości, skoro nawet najcięższe wyroki można ferować bez niepodważalnych dowodów. Skoro, już na etapie śledztwa, zbyt często “idzie się na skróty”. Tam, gdzie chodzi przecież o ludzkie losy.
Zbyt często wszystko idzie według tego samego schematu. Rodziny ofiar czekają na odpowiedź. Media chcą nazwiska. Policja chce sukcesu. Prokuratura chce aktu oskarżenia. Opinia publiczna chce potwora, którego można wskazać palcem.
A wtedy najłatwiej zapomnieć, że proces nie jest po to, aby przyklepać tezę. Proces jest po to, aby ocenić dowody.
Jeśli te są słabe, nie wolno ich zastępować emocją. Jeśli świadek jest niewiarygodny, nie wolno uznawać go za wyrocznię. Jeśli pojawia się alibi, nie wolno manipulować datami tak, aby całość na nowo pasowała do oskarżenia. Jeśli po latach ujawniają się nowe dowody, koniecznie trzeba je zbadać.
To książka także o nas
Kim są tytułowe “diabły” to wiadomo. Są to ci, których Matyja reprezentuje. Ale to książka nie tylko o nich. A może nie przede wszystkim o nich. Paweł Matyja napisał książkę o czymś znacznie ważniejszym: o głębokiej chorobie polskiego wymiaru sprawiedliwości. O niesprawiedliwych wyrokach, o śledztwach prowadzonych tak, by koniecznie kogoś zamknąć w więzieniu, o pogardzie dla faktów, logiki, prawdy.
To książka o policjantach, którzy ulegają presji wyniku. O prokuratorach, którzy nie chcą wycofać się z raz postawionej tezy. O sądach, które być może nawet nie czytają akt. O mediach, które potrafią człowieka nazwać potworem, zanim jeszcze zapadnie prawomocny wyrok.
Ale to także książka o nas wszystkich. O naszej łatwości potępiania innych. O potrzebie posiadania prostych odpowiedzi. O tym, że kiedy słyszymy słowo „morderca”, „wampir”, „gangster” albo „kanibal”, przestajemy pytać o dowody.
A właśnie wtedy powinniśmy pytać najgłośniej.
„Adwokat diabłów” jako lektura obowiązkowa w dyskusji o sądach
W Polsce od lat mówi się o naprawie wymiaru sprawiedliwości. Ostatnio w kontekście politycznym oraz ustrojowym. Ale przecież od lat w Polsce działają organizacje zrzeszające ludzi pokrzywdzonych przez sądy. Są wśród nas ludzie rzeczywiście przez te sądy skrzywdzeni. Niektórzy, choć niewinni, trafili do wiezień. Część z nich – na długie lata.
Każdy niewinnie skazany to klęska sądownictwa. To klęska państwa. To klęska społeczeństwa. Dlatego książka Pawła Matyi jest tak ważna.
Więcej ważnych i interesujących artykułów znajdziesz klikając w jeden z dwóch klawiszy poniżej prowadzących do naszych rubryk:
Masz ważną informację lub widzisz problem w Katowicach i okolicy? Napisz: [email protected] albo wyślij wiadomość na Facebooku Katowice Dziś.
Redaktor naczelny Katowice Dziś: Mateusz Cieślak.
Fot. Pixabay


