Dziś zawyją syreny. Hołd dla górników z katowickiego Wujka, sądowa farsa i cień obcych wywiadów.
16 grudnia 2025Dziś, nie tylko w Katowicach, rozlegnie się dźwięk syren alarmowych. Choć oficjalnie to test systemu ostrzegania przed zagrożeniami wojennymi i klęskami żywiołowymi, dla wielu z nas nas ma on inny wymiar. W Katowicach będzie to również symboliczny hołd dla dziewięciu górników z Kopalni Wujek, którzy oddali życie za wolną Polskę. Rocznica pacyfikacji to jednak nie tylko czas pamięci, ale też gorzka refleksja nad ułomnością wymiaru sprawiedliwości, agenturą obcych wywiadów i „chorującymi” dowódcami, którzy uniknęli odpowiedzialności i kary.
Syreny: Ostrzeżenie i Pamięć
Dziś test dźwiękowego systemu alarmowego, opartego w większości na syrenach montowanych jeszcze w ubiegłym wieku, jest oczywiście ważny ze względów bezpieczeństwa. Ma nas ostrzegać przed zagrożeniami typowymi dla czasu wojny, katastrofami czy klęskami żywiołowymi. Jednak 16 grudnia ten dźwięk niesie ze sobą potężny ładunek emocjonalny.
To moment, w którym cała aglomeracja, a symbolicznie cała Polska, powinna się zatrzymać. Syreny oddadzą cześć górnikom, którzy polegli, broniąc skrawków wolności wywalczonych w 1980 roku.
Tragedia całej Polski, nie tylko Śląska
Należy podkreślić z całą mocą: rocznica pacyfikacji Kopalni Wujek to data ważna nie tylko dla mieszkańców Katowic czy Śląska. To tragedia o wymiarze ogólnopolskim. Najdobitniej świadczy o tym lista poległych. Wśród dziewięciu zabitych górników byli ludzie z różnych stron kraju, którzy przyjechali na Śląsk za pracą.
Symbolem tego ogólnopolskiego bólu przez lata była pani Janina Stawisińska. Mama jednego z zamordowanych górników – Jana Stawisińskiego – każdego dnia przyjeżdżała na procesy do Katowic aż z Koszalina. Kobieta z miasta położonego na drugim końcu Polski, nad Bałtykiem, stała się niemym oskarżeniem systemu, pokazując, że krew przelana na Wujku była krwią całej Polski.
Kto strzelał? Antyterroryści przeciwko robotnikom
Przez lata w narracji publicznej utrwaliło się, że pacyfikacji dokonali „zomowcy”. Prawda jest jednak bardziej przerażająca. Na ławie oskarżonych zasiedli członkowie Plutonu Specjalnego. Choć formalnie wcielono ich do ZOMO na początku stanu wojennego, w rzeczywistości była to wyspecjalizowana jednostka antyterrorystyczna.
Zgodnie z poleceniem Edwarda Gierka, po fali zamachów w Europie Zachodniej, w każdym województwie powołano takie grupy. Byli to perfekcyjnie wyszkoleni profesjonaliści, których zadaniem miała być walka z uzbrojonymi terrorystami. Wprowadzenie ich na teren kopalni do walki z protestującymi robotnikami było zbrodnią samą w sobie. Ze względu na ich umiejętności, wyposażenie a przede wszystkim wyszkolenie, ci, którzy rozkazali wprowadzić ich na teren kopalni, liczyli się z tragedią.
Sądowa farsa i kozły ofiarne
Procesy, które miały osądzić sprawców masakry, okazały się w wielu aspektach farsą, obnażającą bezradność lub niechęć wymiaru sprawiedliwości do wskazania rzeczywistych winnych. Wyroki za „udział w bójce z użyciem niebezpiecznego narzędzia” brzmią jak ponury żart w obliczu śmierci dziewięciu ludzi. I za wprowadzenie funkcjonariuszy umundurowanej formacji, którzy działali na rozkaz.
Na ławie oskarżonych dochodziło do sytuacji absurdalnych. Oskarżono dwóch milicjantów, którzy z całą pewnością nie brali udziału w strzelaninie. Uniewinnienia jednego z nich domagali się nawet oskarżyciele posiłkowi – adwokaci reprezentujący NSZZ „Solidarność”. Drugi został skazany, mimo że dowody jednoznacznie wskazywały, iż w czasie pacyfikacji przebywał na lotnisku Muchowiec, obok milicyjnego helikoptera. Miał taki rozkaz, a mimo to został osądzony.
Symbolem tego chaosu i szukania kozłów ofiarnych stała się również postać pułkownika Mariana Okrutnego. Zastępca komendanta wojewódzkiego MO ds. prewencji został posadzony na ławie oskarżonych jako dowodzący akcją. W rzeczywistości splot okoliczności postawił w tej roli człowieka, który wcześniej kierował drogówką i nie miał pojęcia o taktyce działań pacyfikacyjnych. Okrutny się konsultował, nie wiedząc, co robić, podczas gdy prawdziwi decydenci umyli ręce. I w procesie nie ustalono nawet, kto wydawał najbardziej tragiczne rozkazy.
Epidemia „nagłych zachorowań” i cień KGB
Dlaczego odpowiedzialność spadła na szefa „drogówki” i szeregowych antyterrorystów? Ponieważ ci, którzy rzeczywiście dowodzili siłami opresji – komendant wojewódzki MO oraz jego zastępca nadzorujący ZOMO – nagle zapadli na zdrowiu.
Ich zwolnienia lekarskie (L4) stały się wygodną taktyką uniknięcia odpowiedzialności karnej i historycznej. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy ich choroby były prawdziwe, czy też była to cyniczna gra obliczona na przeczekanie burzy.
Do dziś niewyjaśniony pozostaje również wątek wpływów obcych wywiadów. W tamtym czasie w Katowicach, stolicy ówczesnego województwa, roiło się od rezydentów służb „bratnich” narodów. Swoją siedzibę miało tu KGB, aktywna była agentura wschodnioniemiecka (Stasi) oraz czechosłowacka. Jaki wpływ mieli oni na decyzję o użyciu broni? Czy naciskali na krwawe rozwiązanie, by zastraszyć resztę kraju? Te pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi, kładąc się cieniem na historii III RP.
Pamiętając o 16 grudnia, pamiętajmy nie tylko o ofiarach, ale i o tym, jak trudna i wyboista była droga do prawdy – prawdy, która nie wybrzmiała do końca.
***
WAŻNY TEMAT
Sprawdzam kontrakt na 420 mln zł.
***
Zapraszamy was na stronę iboma.media. Tylko ciekawe i ważne treści.
***
KOMENTARZE: TYLKO FACEBOOK.
Masz problem, widzisz problem, masz ważną informację? Daj nam znać:
[email protected] lub przez „Wyślij Wiadomość” na Facebooku Katowice Dziś.
***
Redaktor naczelny Katowice Dziś Mateusz Cieślak.
***
Fot. Pixabay


