Kilkadziesiąt milionów w lodówce polskiego oligarchy?

Kilkadziesiąt milionów w lodówce polskiego oligarchy?

19 kwietnia 2022 Wyłącz przez administrator

Za kilkadziesiąt milionów złotych ma zostać zrealizowany projekt o znaczeniu, którego nie sposób przecenić z punktu widzenia bezpieczeństwa Polaków. Dlatego bardzo niepokojące są zachowania osób i instytucji zaangażowanych w jego realizację.

Co przeświecało profesorom Figlerowiczowi (Instytut Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu) czy Błażewiczowi (Politechnika Poznańska), gdy pytani o ten projekt uciekali przed dziennikarzami i chowali się?

Dlaczego teraz na piśmie otrzymujemy oświadczenia o odmowie udzielenia nam informacji?

Co wreszcie kieruje instytucją, która dała miliony złotych, że ta nie chce nam okazać urzędowych dokumentów. Prawo do wglądu jest naszym niezbywalnym prawem, zagwarantowanym unijnymi traktatami.

Pamiętamy czy nie, ale fakty są takie, że wcale nie było tak, iż Polska musiała być przyjęta do Unii Europejskiej. Zanim to nastąpiło nasz kraj musiał spełnić szereg istotnych warunków.

Wśród tych warunków była m.in. maksymalna przejrzystość tego, w jaki sposób są wydawane publiczne pieniądze. Unia Europejska nie chciała bowiem, by przekazywane przez nią środki – zamiast na cel wskazany na papierze – finansowały zachcianki jakichś domniemanych oligarchów, ich wille oraz ich jachty.

Stąd też w Polsce konieczne było przyjęcie takich przepisów jak te o dostępie do informacji publicznej. A oligarchowie są w Rosji, nie u nas.

I tylko tej przejrzystości domagamy się od profesorów kierujących projektem Genomicznej Mapy Polski, na który to cel zespół pod kierownictwem panów Figlerowicza i Błażewicza dostał ponad 60 mln zł, pochodzących ze środków Unii Europejskiej.

Pieniądze te przekazała instytucja pod nazwą Ośrodek Przetwarzania Informacji.

Jak ważny to projekt (wspomniana Genomiczna Mapa Polski) – już tłumaczymy. Dzięki przebadaniu materiału genetycznego pochodzącego od tysięcy Polaków powstanie coś w rodzaju genetycznego banku danych. Zawierać on będzie informacje o naszych wspólnych słabościach, jak i atutach. O tym, jaki wirus może nas skrzywdzić, a na jaki będziemy jako populacja odporni. Jakiego rodzaju wirus przyszłości może częściej zabijać Polaków niż inne nacje. I jakie terapie lecznicze mogą być w Polsce bardziej skuteczne, a jakie mniej.

Dlatego dziwi, że w tym projekcie partnerem wspomnianych naukowców jest przestępca.

Dziwi kolejna postać będąca ich partnerem – mężczyzna, formalnie będący prezesem spółki prowadzącej badania genetyczne, o kwalifikacjach zawodowych operatora spychacza (przez wiele lat wykonywał zawód operatora sprzętu ciężkiego).

I dziwi postać jeszcze jednego współpracownika profesorów. Chodzi o biznesmena, który był podejrzewany o manipulowanie kursem akcji.

Takie to towarzystwo znajdujemy w projekcie strategicznym ze względu na bezpieczeństwo Polaków. Być może to jakoś tłumaczy obu profesorów, którzy przed nami uciekają.

Być może.

Albowiem jest jeszcze jedna sprawa, której nie potrafimy sobie wytłumaczyć. Chodzi o postępowanie Ośrodka Przetwarzania Informacji.

Od tygodni bezskutecznie dobijamy się o to, aby zobaczyć dokumentację, na podstawie której to barwne towarzystwo dostało unijne miliony od Ośrodka Przetwarzania Informacji.

To sytuacja niesłychana. Po pierwsze dlatego, że wystarczy przysłowiowe przyciśnięcie klawisza „enter”, by przynajmniej część tej dokumentacji nam udostępnić.

Po drugie dlatego, że nie prosimy o dostęp do sterowni jachtu rosyjskiego oligarchy. Prosimy o coś, co jest własnością publiczną (podobnie jak wspomniane miliony euro).

Po trzecie, ta prośba nie jest niczym niezwykłym. Prawo nakazuje udostępniać dokumentację, o którą prosimy, każdemu obywatelowi Unii Europejskiej.

Po czwarte – i Ośrodek Przetwarzania Informacji doskonale to wie – nie jesteśmy przypadkowymi osobami, które proszą o dostęp do dokumentów po to, by ciężko zapracowanym urzędnikom wyrządzić jakąś złośliwość i przysporzyć jeszcze więcej pracy. Jesteśmy dziennikarzami, a swoją prośbę motywujemy ważnym interesem społecznym.

W obecnej sytuacji, kiedy odmawia się nam dostępu do dokumentacji wydatkowania kilkudziesięciu milionów złotych, możemy tylko wierzyć, że gdzieś tam nie ma załącznika, który przeznacza jakąś część tej kwoty na zakup luksusowego masserati. Tylko to bowiem auto zostało wskazane do przewożenia materiału genetycznego na Lazurowe Wybrzeże, gdzie w luksusowej lodówce, znajdującej się na terenie równie luksusowej posiadłości, umieszcza ten materiał bardzo luksusowa i ozdobna hostessa, zatrudniona na potrzeby wspomnianego projektu jako osobista asystentka profesorów.

Nie jest tak? Udowodnijcie, że nie, pokazując dokumenty i odpowiadając na pytania.

Nasze poprzednie artykuły na ten temat poniżej w kolejności publikowania. Pod nimi film dokumentalny, związany z tym tematem (polecamy).

Mateusz Cieślak

***

5.04.2022.

Uciekający profesorowie

Na pytania o miliony złotych, które dostali z publicznych środków na bardzo ważny projekt – barykadowali się, chowali i dawali drapaka.

W tej sprawie kierujemy list otwarty do Polskiej Akademii Nauk.

Zespół dziennikarzy śledczych, w którym występuje również redakcja Katowice Dziś, na tropie grupy, która za kilkadziesiąt milionów złotych miała badać genomy Polaków. Projekt jest superważny, pozwoli opracować metody skutecznego leczenia na przykład nowotworów.

List otwarty do Zgromadzenia Ogólnego Polskiej Akademii Nauk:

Od ponad 70. lat Polska Akademia Nauk z mozołem buduje swój prestiż. Skupia najświatlejsze umysły i najwyższe autorytety.

To już legło w gruzach. Od kilkudziesięciu miesięcy przyglądamy się jednemu z najważniejszych projektów PAN. W jego efekcie ma powstać genomiczna mapa Polski.

Prestiż PAN upada. Profesorowie proszeni o wypowiedzi na temat tego projektu przed kamerą – uciekali wręcz przed dziennikarzami. Otóż żadna z osób związanych zawodowo z PAN a posiadających wiedzę na temat genomicznej mapy Polski, nie wyraziła zgody na udział w nagraniu.

Profesor Marek Figlerowicz, dyrektor Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu najpierw był chroniony ciałem kierownik swojego sekretariatu, która zastawiła drzwi, niczym Rejtan. Następnie sekretariat został zamknięty od wewnątrz na klucz.

Pracownicy Instytutu ze zdziwieniem szarpali się z klamką. Później, przed dziennikarzami proszącymi o minutę rozmowy, profesor Marek Figlerowicz uciekł drugimi drzwiami.

Owszem, proponował spotkanie, ale z blisko za dwa miesiące.

Może to nie prestiż PAN jest niski, a problem jest z tym projektem? Chcąc podzielić się szokującymi ustaleniami dotyczącymi szczegółów odwiedziliśmy profesora Jacka Błażewicza z Politechniki Poznańskiej.

Ten, gdy tylko usłyszał, że chcemy rozmawiać o przestępczej przeszłości jednej z kluczowych postaci tego projektu, gdy tylko zobaczył, że mamy w rękach fotokopie postanowień sądowych – uciekł do domu. Zatrzaskując drzwi postąpił dokładnie tak, jak stało się to w dyrekcji Instytutu Chemii Bioorganicznej.

Chcieliśmy szerzej o projekcie Genomicznej Mapy Polski, rozmawiać z partnerem biznesowym PAN. Prezes CB DNA Sp. z o.o. Jacek Wojciechowicz oprowadził nas po swoim laboratorium przy ulicy Ściegiennego w Poznaniu. Zrobił to gwałcąc zasady sanitarne, co sam z uśmiechem na twarzy zauważył.

W końcu odwiedziliśmy siedzibę firmy, której PAN powierzyła najbardziej istotną część projektu – bo to do niej trafiają próbki z materiałem genetycznym Polaków. Firma nie robi tego za darmo – wartość umowy wynosi około 64 mln zł.

Przekonaliśmy się. że firma ma tylko wirtualne biuro, nie ma strony internetowej ani adresu e-mail. Kontakt z nią jest nieomal niemożliwy.

Dlatego pojechaliśmy do prezesa tejże firmy. Ów 72-latek, pan Roman, żyje w mieszkaniu zakładowym starej cegielni pod Olsztynem. Król jest nagi. Może nie dosłownie, ale… dwukrotnie przywitał on nas w czarnych majtkach.

Nie wysławiał się w komunikatywny sposób, mając widoczny problem z formułowaniem na głos swoich myśli. Pojawia się pytanie o faktyczną możliwość prowadzeniu spółki prawa handlowego czy prowadzenia biznesu. Nie mówiąc już o takim, który w świetle dokumentów prowadzi – biznesu polegającego na wykonywaniu badań naukowych.

Jego zachowanie jednakowoż pod pewnymi względami przypominało zachowanie profesorów Figlerowicza i Błażewicza – uciekł od rozmowy z nami – zatrzaskując nam drzwi przed nosem w momencie, gdy padły słowa „geny” i „genetyka”.

Nie wydaje nam się możliwe, by pan Roman mógł uczestniczyć w jakichkolwiek spotkaniach dotyczących jakiegokolwiek projektu naukowego. Nie wierzymy, by był on w stanie wypełnić dokumenty przetargowe, tym bardziej, gdy chodzi o tak skomplikowaną materię, jaka towarzyszy staraniom o środki unijne.

Ustaliliśmy, że pan Roman tych umiejętności mieć nie musi. Jest bowiem pełnomocnik – jego syn. Pan Dariusz, bo o nim mowa, ma jednak pewien problem. I nie chodzi nawet o wyrok za spowodowanie śmierci dwóch osób w wyniku wypadku samochodowego, do którego doszło na skutek prowadzenia pojazdu pod wpływem alkoholu, a w konsekwencji wieloletnie więzienie.

Ten człowiek ma obowiązujący zakaz prowadzenia działalności gospodarczej, pełnienia funkcji reprezentanta, pełnomocnika w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej osoby fizycznej a także prawnej. I mając ten zakaz składa podpisy w imieniu spółki, której prezesem jest jego ojciec.

Zaznaczyć tu trzeba, że prof. Figlerowicz zapewnia, iż nie zna pana Romana, ale kojarzy pana Dariusza. To ostatnie znajduje odzwierciedlenie w sprawozdaniu z działalności Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu, gdzie nazwisko pana Dariusza się przewija.

Być może tylko nam się wydaje, że sprawa ta jest tak poważna, iż zasługuje na to, by pochyliło się nad nią Zgromadzenie Ogólne Polskiej Akademii Nauk. Niemniej chodzi tu również o kilkadziesiąt milionów złotych publicznych środków. Oraz o dobrej imię przedstawicieli nauki polskiej.

Mateusz Cieślak

***

7.04.2022.

Konsekwencje współpracy z przestępcą.

Instytut Polskiej Akademii Nauk zabarykadowany.

Od spraw drobnych do poważnych. Tak konstruujemy obecny artykuł.

Drobiazg.

Pod koniec dnia pracy Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu wykonaliśmy telefon. Chodziło o to czy do dyrektora jednostki, prof. Marka Figlerowicza, dotarł e-mail, jaki wysłaliśmy dziś na adres ibch@ibch.poznan.pl.

Zdarza się przecież, że jakąś wiadomość można przeoczyć. Wpadnie do folderu ze spamem (choć wiadomościom wysyłanym z naszego adresu redakcyjnego to się nie przydarza) bądź zwyczajnie zostanie przeoczona.

E-mail zawierał jedno bardzo proste pytanie. Jaką drogę przebywały próbki z materiałem genetycznym Polaków od miejsca czy miejsc pobrania do miejsca, gdzie były badane?

Pytanie wręcz banalne. Droga próbek musi być przecież wcześniej ustalona i zatwierdzona.

Chodzi bądź co bądź o jeden z największych polskich skarbów. O wiedzę o kodach genetycznych Polaków.

Wiedza ta powinna być traktowana na równi (a może nawet jeszcze bardziej wyjątkowo) z wiedzą o naszych PESELACH, liniach papilarnych, nie mówiąc o innych danych wrażliwych, na przykład dotyczących zdrowia. To chyba oczywiste.

Telefon odebrała sekretarka. Zapytała czy ta rozmowa jest nagrywana (nie była).

Powiedziała, że nie wyraża zgody na nagrywanie jej głosu. Po czym rozłączyła się nie pozwalając na przedstawienie przyczyny połączenia.

Okazuje się więc, że barykadowanie Instytutu przed dziennikarzami nie ustało. Dotąd była to barykada polegająca na zamykaniu drzwi instytutowego sekretariatu na klucz. Teraz doszła do tego niemożność rozmowy telefonicznej – nawet o takiej sprawie jak to, czy doszedł e-mail.

Skandal.

Otrzymaliśmy pismo z Sądu Okręgowego w Olsztynie. Dotyczyło D. S., czyli osoby, której nazwisko wymieniane jest w sprawozdaniu z działalności Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu.

W piśmie tym znalazły się m. in. następujące zdania: „Oczywiście, D. S. nie jest człowiekiem o nieposzlakowanej opinii, zwłaszcza w kontekście wielokrotnej uprzedniej karalności. (…) W uzasadnieniu postanowienia z dnia 15 września 2021r. wymieniono liczne wyroki skazujące D. S. i wskazano , że skazania te nie odnoszą się do kwestii związanych z bezpieczeństwem w komunikacji”.

I to z tym człowiekiem Instytut Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu podjął współpracę przy tworzeniu „Genomicznej Mapy Polski”. Oczywiście, że prof. Figlerowicz mógł nie wiedzieć o przestępczej przeszłości D. S.

Jego obowiązkiem jednak było sprawdzenie przynajmniej tego czy podmiot, z którym podjęto współpracę przy tworzeniu genetycznej mapy społeczeństwa polskiego, ma jakiekolwiek obycie w realizacji projektów o charakterze naukowym.

Przeszłość D. S., w tym długi pobyt w więzieniu, każą w to wątpić. A przecież firma, w imieniu której ten pan występował, stała się beneficjentem wielomilionowej dotacji (ponad 65 mln zł) przyznanej przez Unię Europejską na wspomniany powyżej projekt.

Konsekwencje.

Konsekwencje współpracy z osobą o, co najmniej wątpliwej moralności (a którą wiele razy interesowała się Temida) są takie, że sprawą zainteresowali się dziennikarze. I zadają pytania.

A że pytania nie mogą być wygodne dla profesorów Figlerowicza oraz Błażewicza (ten drugi reprezentuje w projekcie Politechnikę Poznańską), toteż ci uchylają się od odpowiedzi. A nawet – i to w sensie dosłownym – uciekają.

To uchylanie się od udzielania odpowiedzi ma rozmaite formy. Nie odpowiedziano na szereg pytań skierowanych w formie pisemnej i w trybie dostępu do informacji publicznej.

Termin już minął. Odpowiedzi na najważniejsze kwestie nie ma, a szereg pozostałych jest nie do końca na temat.

To zachowanie każe zadać kolejne pytanie – zasadnicze. I nie jest to pytanie: Dlaczego? (Dlaczego profesorowie tak się zachowują?).

Zasadnicze pytanie brzmi: Jak? (Jak to możliwe, że w tego rodzaju projekcie znalazł się D. S.?).

A przypomnijmy, że chodzi o dane wrażliwe. Tak wrażliwe, że PESEL przy nich się chowa.

W tym artykule brakuje jednego elementu. Próby wytłumaczenia zachowania panów profesorów.

W jakimś bowiem stopniu czerpią oni z „dokonań” swojego partnera.

O czym będzie w kolejnym artykule.

***

11.04.2022.

Atak na dziennikarzy prowadzących dziennikarskie śledztwo. Próba zablokowania publikacji.

Był niegdyś poznański czerwiec. Dziś jest poznański kwiecień.

Czas, kiedy prominentni profesorowie z Poznania usiłują zablokować niewygodne dla nich publikacje. A nawet je zniszczyć.

W piątek otrzymaliśmy niesłychane pismo. Wynika z niego, że fakty opisane w artykułach są działaniem nielegalnym i zniesławiającym.

Tak oczywiście nie jest. Szkopuł w tym, że to pismo dostaliśmy od dostawcy usług internetowych a nie od zainteresowanych, których nazwiska wymieniliśmy.

Wymieńmy je zatem ponownie. Chodzi o profesorów: Marka Figlerowicza (szefa Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu) oraz Jacka Błażewicza (z Politechniki Poznańskiej).

Co im się nie podoba? Już wyjaśniamy.

Im się nie podoba to, że napisaliśmy, iż przed nami uciekali, zamiast rozmawiać. I to uciekali w sensie dosłownym (co mamy udokumentowane i co widać na zdjęciu, którego obszerniejszy opis w dalszej części artykułu).

Należy teraz odpowiedzieć, dlaczego uciekali. Otóż dlatego, że pytaliśmy o projekt Genomicznej Mapy Polski, na co Unia Europejska dała ponad 60 mln zł.

Zapewne widzieliście wielokrotnie tabliczki: „sfinansowano ze środków UE”. To chyba jedyny projekt w całej Unii, którego twórcy nie chcą się nim pochwalić.

Bo też czy jest czym? Skoro zaangażowaną wyłonioną w przetargu spółkę, której siedzibą jest wirtualne biuro a prezesem słup, co sprawdziliśmy wizytując w jego mieszkaniu, rozmawiając z sąsiadami, znajomymi, a także innymi partnerami biznesowymi tej spółki.

Okazało się, że pan prezes nie potrafi się dobrze wysłowić po polsku. Zaś jego przelewy wykonuje członek rodziny.

I nic w tym nie byłoby dziwnego, jako że ten pan do przejścia na emeryturę pracował w cegielni jako operator sprzętu ciężkiego (chodzi o koparki, ładowarki itp).

Być może profesorowie mnie chcieli rozmawiać o tym, kto reprezentuje wspomnianego rekina biznesu w naukowym projekcie. Gdyż owegoż reprezentanta wymienialiśmy sygnalizując ten wątek w rozmowie.

A to też niebagatelna postać. Pełnomocnik pana prezesa jest osobą „wielokrotnie skazaną”, jak to ujął rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Olsztynie.

Co więcej ten były skazaniec jest wymieniany z imienia i nazwiska jako współpracownik profesorów Figlerowicza i Błażewicza w oficjalnym sprawozdaniu z działalności Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN. Gdy pokazaliśmy prof. Błażewiczowi dokumenty dotyczące tej kwestii, uciekł do domu nie chcąc z nami rozmawiać – na zdjęciu chowa się za drzwiami.

Jest rzeczą szczególną, że zamiast udzielać rzeczowych odpowiedzi, korzysta się z doświadczeń epoki sowieckiej, kiedy to w Polsce funkcjonował Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli – mówić krótko – cenzura.

Komu się marzy cenzura w dzisiejszych czasach. Czyżby prof. Błażewiczowi, będącego członkiem Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego? To byłby dla nas szok.

Zwróciliśmy uwagę na coś jeszcze. Akademicki Klub Obywatelski im. Prezydenta Kaczyńskiego w swoich założeniach ideowych ma m. in.: „Dążenie do zapewnienia wysokiego poziomu edukacji i nauki polskiej”. Czy temu ma służyć współpraca z byłym operatorem sprzętu ciężkiego i powierzenie mu badań genetycznych? Bo jeśli chodzi o współpracę z byłym przestępcą to nawet o to nie pytamy.

Prof. Błażewicz 7 listopada 2012 r. podpisał się pod protestem przeciwko prześladowaniu redaktora Gmyza. Ale na pytania stawiane przez prasę nie raczy odpowiadać.

Z kolei prof. Figlerowicz w ubiegłym roku apelował do kolegów naukowców o to, by przestrzegali Kodeksu Etyki Pracownika Naukowego. Czyli wzywał m. in. do tego, żeby koledzy naukowcy nie wahali się zabierać głos w ważnych społecznie sprawach, które są w ich kompetencjach.

Ale gdy my się zjawiliśmy z pytaniami o Genomiczną Mapą Polski o tym swoim apelu najwyraźniej zapomniał.

Mateusz Cieślak

***

13 kwietnia 2022

Czy profesor Polskiej Akademii Nauk ma coś do ukrycia?

A może: co ma on do ukrycia i dlaczego?

Postawa Marka Figlerowicza, dyrektora Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu każe zadać wszystkie te trzy pytania. Zaczynają się – kolejno – od: „czy”, „co” i „dlaczego”.

Nie zadawalibyśmy ich bez ważnego powodu – prof. Marek Figlerowicz jest jednym z kierowników wartego wiele milionów złotych projektu o charakterze strategicznym nie tylko dla naszego państwa, ale przede wszystkim dla naszego narodu. Zamiast udzielić wyczerpujących wyjaśnień, gdy pytamy o ten projekt, prof. Figlerowicz w sensie dosłownym ukrywa się przed nami i to za zamkniętymi na klucz drzwiami swojego sekretariatu i gabinetu.

To samo dotyczy drugiego szefa projektu, także profesora. Jacek Błażewicz z Politechniki Poznańskiej schował się przed nami do swojego domu, gdy tylko usłyszał, o co chcemy zapytać.

Genomiczna Mapa Polski jest projektem o znaczeniu strategicznym dla milionów Polaków. Określić ma ona nasze wspólne cechy genetyczne – co w przyszłości pozwoli lepiej nas leczyć czy chronić przed zagrożeniami w postaci nowotworów i innych groźnych chorób.

Zadaliśmy bardzo konkretne pytania. I nie uzyskaliśmy na nie odpowiedzi.

Nie wiemy więc, kiedy pobrano pierwszą próbkę DNA w ramach tego projektu.
Dowiedzieliśmy się, że próbki pobierano wyłącznie od ochotników, którzy wyrazili na to zgodę. Jednak nie mogliśmy tego zweryfikować.

Nie wiemy więc czy rzeczywiście pobierano DNA od ochotników, którzy wyrazili na to zgodę. Możemy mieć więc tylko nadzieję, że nie działo się to na lotniskach, gdzie działały punkty otwarte przez CB DNA (uczestniczącego w projekcie), których celem było pobieranie od podróżnych wymazów pod kątem koronawirusa SARS-CoV-2, a materiał do analizy genetycznej został pobrany „przy okazji”.

Odmówiono nam tej możliwości. Zamiast usiąść z nami i odpowiedzieć m. in. na pytanie, jaką drogę przeszły te cenne próbki z materiałem genetycznym Polaków, zanim trafiły do miejsca badań, pozostawiono nas z wątpliwościami.

Nie wiemy więc, czy drogocenne próbki (nasz kod genetyczny to dane superwrażliwe) były właściwie chronione.

Nie wiemy też, czy trafiły one do wirtualnego biura w Białymstoku, czy może gdzieś indziej. Na przykład do laboratorium wspomnianego już CB DNA.

O dramatycznym wręcz łamaniu przez CB DNA zasad obowiązujących w takich laboratoriach jak to, opowiada film dokumentalny, do którego link znajdziecie na samym końcu publikacji – zapewniamy, że warto obejrzeć.

Nie odpowiedziano na szereg innych pytań. Na przykład o to, w jaki sposób w projekcie Genomicznej Mapy Polski znalazł się przestępca.

Czy taka postawa właściwa jest dla całej Polskiej Akademii Nauk? Na szczęście nie.

Zrobiliśmy swoisty eksperyment. Zadzwoniliśmy do wybranej losowo instytucji PAN prosząc o prezentację trudno dostępnego dokumentu i to z dnia na dzień.

Oto efekt dziennikarskiego eksperymentu.

Po godzinie 15.00 we wtorek poprosiliśmy pracownika PAN w Gdańsku, aby dnia następnego o godzinie 9.30 rano zaprezentowano nam do kamery jeden z najcenniejszych tamtejszych eksponatów, oraz aby o nim opowiedziano.

Dla nikogo nie było to problemem, że prośba została przedstawiona przez telefon. Jak również i to, że prośba została przedstawiona w tygodniu poprzedzającym święta.

W środę o świcie przywitała nas pracownica naukowa PAN w Gdańsku. Nim opowiedziała nam o eksponacie usłyszeliśmy od niej: „Polska Akademia Nauk z gruntu zajmuje się uprawianiem nauki, a to może trochę izolować od ludzi. (…) Są takie momenty kiedy nauka musi skupić się wyłącznie na swoich zadaniach – niemniej pytanie jest bardzo zasadne zwłaszcza teraz kiedy Polska Akademia Nauk próbuje zmienić nieco swoje oblicze (…). Mam nadzieje, że nastąpi jednak pewne otwarcie zarówno na uprawianie nauki jak i na ludzi.”

O wizycie w gdańskiej placówce PAN (na zdjęciu bezcenny eksponat) napiszemy osobno. A poniżej: nasze poprzednie publikacje na temat sytuacji związanej z Genomiczną Mapą Polski oraz wspomniany film z wizyty w laboratorium CB DNA w Poznaniu.

Mateusz Cieślak

***

Z TEMATEM ZWIĄZANY JEST FILM „geniusze dna”. Aby zobaczyć KLIKNIJ a otworzy ci się okno filmu – trwa on 21 minut.