Podróż w czasach pandemii. Nasz czytelnik nie wytrzymał i postanowił o tym napisać.

Podróż w czasach pandemii. Nasz czytelnik nie wytrzymał i postanowił o tym napisać.

20 listopada 2020 Wyłącz przez administrator

Fakt faktem, jak sam przyznaje, że pierwsza przygoda nie była związana z pandemią, lecz z dziką przyrodą, której całkiem jeszcze nie zniszczyliśmy. Ale reszta…

Nasz czytelnik wyruszył dziś ze Śląska do Warszawy. Jechał pociągiem, który wyruszył ze stacji w Katowicach o 3.34 i planowo miał być na dworcu głównym Warszawa Centralna w Warszawie o godz. 6.40.

Czytelnik wysiadł z pociągu tuż przed godz. 10. To spowodowało kolejne implikacje.

Pociąg wyruszył z Katowic planowo. Jak się następnie okazało, jechało nim 30 osób. PKP wolno sprzedawać bilety tylko na połowę miejsc w pociągu.

Aby przypadkowo nie przekroczyć tego limitu, bilety sprzedaje się w turach co pół godziny. Raz może się okazać, że biletu na pociąg już nie ma. A za pół godziny już są.

I mało brakowało, a nasz czytelnik, pan Jacek, kupiłby bilet na inny pociąg niż zamierzał. System nie znajdując miejsc w drugiej klasie w pociągu, którym pan Jacek chciał jechać, automatycznie „przerzucił” go do kolejnego pociągu.

Ten jechać miał do Warszawy około 4,5 godz. Nasz czytelnik wybierał się do stolicy służbowo.

Miał tam spotkania. Gdyby nie zauważył różnicy przyjechałby do Warszawy w czasie, kiedy planował już powrót.

Wiedząc, że za pierwszym razem system nie znalazł miejsc w drugiej klasie, pan Jacek spróbował zakupu w klasie pierwszej. Tym razem jednak system pokazał mu, że w klasie pierwszej żadnego wolnego miejsca nie ma.

Za to w drugiej klasie są. Kupił bilet.

Podróż szła bardzo sprawnie aż do okolic Góry Włodowskiej za Zawierciem. Tam rozpędzony pociąg nagle zaczął hamować i stanął w środku lasu.

Za chwilę z głośników popłynął komunikat o zderzeniu z leśną zwierzyną. Trzeba sprawdzić czy nie doszło do jakichś uszkodzeń – jeśli okaże się, że nie, będzie można kontynuować podróż.

Na tory wyszły dwa jelenie. Jeden zdołał uskoczyć, drugi nie. Byk, w którego uderzyła lokomotywa, był pięknym, dorodnym zwierzęciem.

Podczas zderzenia uszkodził się przewód hamulcowy. Dalsza jazda groziła katastrofą.

Przeliczono pasażerów. Stąd wiadomo, że było ich 30.

Większość jechała do Warszawy, kilkoro do Suwałk, Białegostoku. Okazało się, że 7 osób zdążało na lotnisko Chopina, na samolot do Sofii.

I okazało się wtedy, że PKP nie ma procedur na wypadek takiego zdarzenia. Najpierw podjęto decyzję, że na miejsce wypadku dojedzie skład zastępczy.

Następnie, że ten pociąg zostanie cofnięty 16 km do miejsca, gdzie będzie można zmienić uszkodzoną lokomotywę na sprawną.

Wreszcie zdecydowano, że pociąg będzie czekał na kolejny pociąg z Katowic do Warszawy. Pojedzie on drugim torem, na chwilę się zatrzyma i zabierze pasażerów.

Pasażerów ze wszystkich wagonów poproszono o zgromadzenie się w pierwszym wagonie, by usprawnić przejście do drugiego pociągu. Był to wagon klasy pierwszej.

I wtedy okazało się, że w wagonie tym prawie wszystkie miejsca były wolne. Tak działa system sprzedaży biletów partiami.

Okazało się zresztą, że w tym drugim pociągu wagon klasy pierwszej też był prawie całkiem pusty. Tam właśnie skierowano ewakuowanych pasażerów.

Nasz czytelnik był szczęśliwy, że nie musi martwić się o to, czy zdąży na samolot. Kłopoty siedmiorga pasażerów jadących na Okęcie to temat na osobną historię.

Samolot miał startować o 10 a pociąg miał być o 9.30 w Warszawie Zachodniej. Kierownik drużyny konduktorskiej robił co mógł, by przez komórkę i radiotelefon sprawić, że wylot samolotu zostanie opóźniony.

Za swoją postawę i zaangażowanie cała drużyna konduktorska powinna otrzymać premie. Co innego centrum obsługi podróżnych, które nie bardzo się starało.

Dodajmy tu, że pasażerowie nie mogli dodzwonić się na Okęcie. Jedną z przyczyn było to, że wzdłuż linii kolejowej łączącej metropolię śląsko-dąbrowską z Warszawą, występują dziury w pokryciu sygnałem telefonii komórkowej.

Jest tak od lat. Nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić.

Do Warszawy pociąg dojechał przed godz. 10. I tu znów trzeba uczynić uwagę, że PKP chyba nie chce mieć pasażerów.

Kiedyś pociągi z Gliwic, Bielska-Białej, Tychów i Katowic jeździły do Warszawy mniej więcej co godzinę. W Warszawie można było się znaleźć bardzo wcześnie rano, a do Katowic wyruszyć nawet po 21.

Dziś pomiędzy poszczególnymi połączeniami PKP są nawet kilkugodzinne luki. Dla przykładu – nasz czytelnik musiał wyjechać o 3.34 (w Warszawie 6.40), ponieważ kolejny pociąg do Warszawy przyjeżdża dopiero o 9.25.

A po kilku minutach są dwa inne o 9.34 i 9.40. Gdzie tu sens i logika?

W każdym razie, gdy pan Jacek znalazł się wreszcie w Warszawie, termin pierwszego spotkania minął. Udało mu się przesunąć je na sam koniec – po pozostałych.

Do kolejnego miał dużo czasu. Był głodny.

Poszedł do Złotych Tarasów (Centrum handlowe przy Centralnym), by zjeść śniadanie. W Costa Cafe mu powiedziano, że może dostać śniadanie, ale musi z nim iść gdzieś na zewnątrz.

Postanowił więc zakupić śniadanie w sklepie, w którym wiedział, że zawsze są gotowe dania na wynos. Sklep był otwarty, lecz całkiem pusty.

Gdy wchodził, kasjerka krzyknęła: – Dopiero od 12-tej!

Poszedł więc do Biedronki na dworcu centralnym w Warszawie. Już wchodził do środka, gdy drogę zastawiło mu trzech mundurowych: – Dopiero od 12-tej.

Pan Jacek się zdziwił. Wtedy mu powiedzieli, że są godziny dla seniorów.

Spojrzał na zegarek. Było 10 minut po 10-tej.

Wrócił do Złotych Tarasów. Na najwyższym poziomie jest kino i gastronomia. Ponuro.

Zaledwie kilka osób. Zaledwie kilka punktów czynnych.

Skusił się na ofertę sieciówki, której nazwy wymieniać nie będziemy. Zamówił wielką i podgrzewaną kanapkę ze stekiem wołowym, obficie polaną sosem i z różnorakimi dodatkami.

Zapłacił i wtedy dopiero zorientował się, że nie ma gdzie usiąść. W całym wielkim centrum handlowym ani jednego miejsca, gdzie można byłoby usiąść. Nie mówiąc o stoliku, na którym byłoby można położyć serwetki, a na nich ciepłą kanapkę.

Postanowił zjeść ją na stojąco. Zaczął rozpakowywać.

Podszedł do niego ochroniarz i powiedział, że nie wolno. Sprzedaż jedzenia odbywa się bowiem na wynos.

Na szczęście tuż obok był dworzec. Pan Jacek tam wrócił.

Znalazł poczekalnię. Były tam ławki, których nie dotyczył zakaz siadania.

Rozpakował kanapkę i zaczął jeść. Stek wołowy okazał się mielonką.

Wszystkie spotkania okazały się bardzo owocne. Po znacznie dłuższym pobycie niż planował, pan Jacek wieczorem już mógł zająć się drogą powrotną.

Usiłował kupić bilet powrotny przez internet. System pokazywał, że miejsc w najbliższym pociągu już nie ma.

Nasz czytelnik porzucił więc kolejne próby odświeżania strony, gdzie się kupuje bilety. Stanął w kolejce do kas.

Przemiła pani w kasie bardzo chciała mu pomóc. Nie udało się.

W najbliższym pociągu nie było wolnych miejsc ani dla inwalidów, ani dla matek z dziećmi, ani dla przewożących rowery (konieczna opłata dodatkowa).

Na szczęście bilety były jeszcze na przejazd kolejnym pociągiem. Oba pociągi (ten, na który biletów nie było i ten, na który bilety jeszcze były) wyjechały z Warszawy w połowie puste.

***
Inne nasze informacje i artykuły: Katowice Dziś.
Regularnie tu zaglądaj – nie wszystko publikujemy na Facebooku.
Dla facebookowiczów utworzyliśmy grupę: https://www.facebook.com/groups/GrupaKatowiceDzis
Jej członkom wyświetla się więcej naszych facebookowych postów.
Pamiętaj! Komplet naszych artykułów i informacji tylko na WWW

***

Na zdjęciu: ochrona dworca pilnuje wejścia do Biedronki. Kolejnym osobom przypomina się, że od 10 do 12 wejść tam mogą jedynie seniorzy.